Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca
albo cymbał brzmiący.
Gdybym też miał dar prorokowania
i znał wszystkie tajemnice,
i posiadał wszelką wiedzę,
i wszelką możliwą wiarę,
tak iżbym góry przenosił,
a miłości bym nie miał, byłbym niczym.
I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,
a ciało wystawił na spalenie,
lecz miłości bym nie miał, nic bym nie zyskał.
Miłość cierpliwa jest,
łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości,
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
nie dopuszcza się bezwstydu,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego;
nie cieszy się z niesprawiedliwości,
lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma.
Miłość nigdy nie ustaje,
[nie jest] jak proroctwa, które się skończą,
albo jak dar języków, który zniknie,
lub jak wiedza, której zabraknie.
Po części bowiem tylko poznajemy,
po części prorokujemy.
Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe,
zniknie to, co jest tylko częściowe.
Zaufałem drodze
wąskiej
takiej na łeb na szyję
z dziurami po kolana
takiej nie w porę jak w listopadzie spóźnione buraki
i wyszedłem na łąkę stała święta Agnieszka
- Nareszcie - powiedziała
- Martwiłam się już
że poszedłeś inaczej
prościej
po asfalcie
autostradą do nieba - z nagrodą od ministra
i że cię diabli wzięli
A ty mnie na wyspy szczęśliwe zawieź,
wiatrem łagodnym włosy jak kwiaty
rozwiej, zacałuj,
ty mnie ukołysz i uśpij,
snem muzykalnym zasyp, otumań,
we śnie na wyspach szczęśliwych
nie przebudź ze snu.
Pokaż mi wody ogromne i wody ciche,
rozmowy gwiazd
na gałęziach pozwól mi słyszeć zielonych,
dużo motyli mi pokaż,
serca motyli przybliż i przytul,
myśli spokojne
ponad wodami pochyl miłością.
Wszystko ma swój czas,
i jest wyznaczona godzina
na wszystkie sprawy pod niebem:
Jest czas rodzenia i czas umierania,
czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasądzono,
czas zabijania i czas leczenia,
czas burzenia i czas budowania,
czas płaczu i czas śmiechu,
czas zawodzenia i czas pląsów,
czas rzucania kamieni i czas ich zbierania,
czas pieszczot cielesnych i czas wstrzymywania się od nich,
czas szukania i czas tracenia,
czas zachowania i czas wyrzucania,
czas rozdzierania i czas zszywania,
czas milczenia i czas mówienia,
czas miłowania i czas nienawiści,
czas wojny i czas pokoju.
chcę pisać o tobie
twoim imieniem wesprzeć skrzywiony płot
zmarzłą czereśnię
o twoich ustach
składać strofy wygięte
o twoich rzęsach kłamać że ciemne
chcę
twoje imię z gwiazdami zmieszać
z krwią
być w tobie
nie być z tobą
zniknąć
jak kropla deszczu którą wchłonęła noc.
Chmury nad nami rozpal w łunę,
Uderz nam w serca złotym dzwonem,
Otwórz nam Polskę, jak piorunem
Otwierasz niebo zachmurzone.
Daj nam uprzątnąć dom ojczysty
Tak z naszych zgliszcz i ruin świętych
Jak z grzechów naszych, win przeklętych.
Niech będzie biedny, ale czysty
Nasz dom z cmentarza podźwignięty.
Ziemi, gdy z martwych się obudzi
I brzask wolności ją ozłoci,
Daj rządy mądrych, dobrych ludzi,
Mocnych w mądrości i dobroci.
A kiedy lud na nogi stanie,
Niechaj podniesie pięść żylastą:
Daj pracującym we władanie
Plon pracy ich we wsi i miastach,
Bankierstwo rozpędź - i spraw, Panie,
By pieniądz w pieniądz nie porastał.
Pysznych pokora niech uzbroi,
Pokornym gniewnej dumy przydaj,
Poucz nas, że pod słońcem Twoim
"Nie mas Greczyna ani Żyda".
Puszącym się, nadymającym
Strąć z głowy ich koronę głupią,
A warczącemu wielkorządcy
Na biurku postaw czaszkę trupią.
Piorunem ruń, gdy w imię sławy
Pyszałek chwyci broń do ręki,
Nie dopuść, żeby miecz nieprawy
Miał za rękojeść krzyż Twej męki.
Niech się wypełni dobra wola
Szlachetnych serc, co w klęsce wzrosły,
Przywróć nam chleb z polskiego pola,
Przywróć nam trumny z polskiej sosny.
Lecz nade wszystko - słowom naszym,
Zmienionym chytrze przez krętaczy,
Jedyność przywróć i prawdziwość:
Niech prawo zawsze prawo znaczy,
A sprawiedliwość - sprawiedliwość.
Niech więcej Twego brzmi imienia
W uczynkach ludzi niż w ich pieśni,
Głupcom odejmij dar marzenia,
A sny szlachetnych ucieleśnij.
Po czterdziestu latach
EWA:Modlę się o to, abyśmy zeszli z tego świata razem - to pragnienie nie zniknie z tej ziemi - lecz przetrwa w sercu każdej kochającej żony po kres dni, i nazwą je moim imieniem. Lecz jeśli jedno z nas musi odejść pierwsze, modlę się, abym to była ja; gdyż on jest silny, a ja słaba, nie jestem mu tak niezbędna, jak on mnie - życie bez niego już nie będzie życiem, jak je zniosę? Ta modlitwa jest również nieśmiertelna i tak długo będzie zanoszona, jak długo przetrwa mój ród. Jestem pierwszą żoną, a ostatnia żona będzie moim odbiciem.
Na grobie Ewy
ADAM: Gdziekolwiek była ona, tam był Raj.
Zdarzyć się mogło.
Zdarzyć się musiało.
Zdarzyło się wcześniej. Później. Bliżej. Dalej.
Zdarzyło się nie tobie.
Ocalałeś, bo byłeś pierwszy.
Ocalałeś, bo byłeś ostatni.
Bo sam. Bo ludzie. Bo w lewo. Bo w prawo.
Bo padał deszcz. Bo padał cień.
Bo panowała słoneczna pogoda.
Na szczęście był tam las.
Na szczęście nie było drzew.
Na szczęście szyna, hak, belka, hamulec,
Framuga, zakręt, milimetr, sekunda.
Na szczęście brzytw pływała po wodzie.
Wskutek, ponieważ, a jednak, pomimo.
Co było to było gdyby ręka, noga,
O krok, o włos
Od zbiegu okoliczności.
Więc jesteś?
Prosto z uchylonej jeszcze chwili?
Sieć jednooka, a ty przez to oko?
Nie umiem się nadziwić, namilczeć się temu.
Posłuchaj
Jak mi prędko bije twoje serce.
Rok temu o tej porze w myślach pachniało mi sosnowym lasem. Już nie pachnie. Na południu dzwonów bijących na północy nie słychać, więc mam akurat 90 uderzeń na minutę. Ni mniej, ni więcej, jak na mnie wprost idealnie. Reszta jest milczeniem i chyba dobrze. Wczoraj około godziny 21.42 dotarło do mnie, że jeśli byłabym mordercą, to byłoby to crime of opportunity. Podczas gdy każdemu prawdziwemu mordercy marzy się crime of passion. Byle tylko nie zamienić się w seryjnego mordercę, ale to mi raczej nie grozi.
Jeszcze parę dni temu włoskie słońce kładło się leniwie na mojej skórze, wprawiając w uczucie błogostanu całe ciało. Oprócz umysłu, bo ten przyspieszał obroty i pędził na Rynek Główny 23. Ciężka decyzja. Czuję się jak wiekowy generał, który odbył w swoim życiu parę bitew, większość wygrał i teraz siedzi sobie przed kominkiem i popala fajeczkę. I nagle dostaje wiadomość o kolejnej bitwie, być może tej, dzięki której zapisze się na kartach historii. Można by spokojnie siedzieć na fotelu, nikt przecież by nie zarzucił, że nic się w tym życiu nie zrobiło. Fakt, można by zrobić więcej, ale zgodnie z regułami matematyki, jeżeli istnieje n, to istnieje również n+1, więc to żaden argument. Inni ludzie nie są więc problemem. Problemem nie jest nawet tchórzostwo, bo choć wygranie bitwy nie jest pewne, doświadczenie daje ten spokój, że jak już padnie "do ataku", to każda decyzja będzie podejmowana z zimną krwią. Co jest więc problemem? Dlaczego nie można pozostać w fotelu? Problemem jest mały chłopiec, który kiedyś chciał być generałem. Dowodzić największą armią w historii i zwyciężyć. Iść na czele triumfalnego pochodu przez miasto i dostać najbardziej błyszczący ze wszystkich orderów. Mały chłopiec, któremu kiedyś się obiecało, że będzie się wspaniałym. Problemem jest to, że trzeba dotrzymać tej obietnicy. Być z nim szczerym i nie rozczarować samego siebie.
"I mean, how many of us turn out the way when we're kids, really?
How many of us grow up to be astronauts?
Or prima ballerinas?
We just all do the best we can."
Jestem jak ćma. Krążyłam wokół ognia z pewnością, że nic się nie stanie. Wiedziałam, że ogień parzy. Siadałam już na żarówce, której powierzchnia, mimo że sama żarówka dawała więcej światła niż każda świecia, była zawsze zimna. I nic się nie stało. Więc co tam świeczka! Żeby to jescze była jakaś gromnica. Ale nie, zwykła świeczka, trochę krzywa, prawie ogarek. Nic nie mogło się stać. Z każdym zataczanym kołem byłam bliżej ognia, ale było ciekawie. Ekscytująco, elektryzująco. Nie wiadomo, w którym momencie brawura zamieniła się w głupotę. I nie wiem kiedy, nie wiem jak, ale zamknęłam oczy i wleciałam prosto w ogień. A potem podmuch wiatru wpadający przez otwarte okno zgasił świeczkę.
I teraz jak dziecko jestem zdzwiona, że się oparzyłam. Przecież wiem, że ogień parzy. Przecież wiem, że byłam blisko. Ale byłam pewna, że nie ma prawa to się tak skończyć, że jest to fizycznie niemożliwe. Nie mogę na razie latać. Siedzę na parapecie w ciemności i mogę się najwyżej rzucić w dół, ale nie polecieć. I muszę czekać. Za jakiś czas będę mogła znowu latać. Tylko po co? Może lepiej zostać na tym parapecie do końca, tj. do momentu, w którym zbrzydnie on do granic możliwośći tak, że rzucę się na wiatr nierozkładając skrzydeł. Skoro pozostaje tylko wybór pomiędzy zminym światłem żarówki a światłem świecy, w którym nie można się ogrzać, można najwyżej spłonąć, to już lepiej zostać tu, gdzie się jest.
Dostałam psztyczka w nos. Myślałam, że niemożliwe, aby coś się zdarzyło i właśnie to się zdarzyło. Wierzyłam, że coś się zdarzy i właśnie to się nie zdarzyło. Wniosek? I wiara i wiedza są przereklamowane.
Tak bym chciała cofnąć czas. Nie wiem czy coś by to dało, pewnie nie. Cofnąć tylko troszeczkę, o parę miesięcy. Wprawdzie oznaczałoby to ponowne drżenie głosu i myśli o tym, którędy uciekać, ale skoro za pierwszym razem dałąm radę, za drugim razem też bym dała. Zacząć tą historię jeszcze raz. Nie od początku, bo początek wprawdzie dobry nie był, ale mógłby taki zostać. Ale zacząć ją jeszcze raz od tego momentu, gdzie akcja powinna nabrać tempa. Powiedzmy od tego spotkania w kawiarni, na które szłam jak skazaniec zostawiając sobie dokładnie tyle czasu, żeby uciec w odpowiednim momencie. Chciałabym już wtedy Cię zobaczyć. Nie widzieć, ale właśnie zobaczyć. Ty nie pamiętasz, ale ja pamiętam. Gdybym wtedy zobaczyła cały obraz miałabym więcej czasu. Ale nie, układałam go jak puzzle, kawałek po kawałku, tracąc czas. Nie powiem, było to całkiem ekscytujące i wciągające, ale jak widać trwało za długo. I co mi teraz po tym, że widzę cały obrazek, skoro ten obrazek nigdy nie będzie wisiał na mojej ścianie?
Dlaczego ten schemat znowu się powtarza? Serce, jak wybierasz, durnoto jedna? Nie mam już do ciebie siły! Za każdym razem jak kulą w płot. Wszystko, absolutnie wszystko wskazywało na to, że to się nie może udać. No i się nie udało. Rozum już to wie, cały czas to wiedział i tylko to durne serce podsyca jeszcze iskierkę, myśląc że to nadzieja, podczas gdy to naiwność.
Ironia jakich mało. Niespełna rok temu modliłam się, aby dał mi to, czego pragnę. I dostałam to. Trzymam to teraz w rękach i nie cieszy mnie to ani trochę, bo odmówiono mi czegoś innego. Czegoś, czego nie chciałam, nie prosiłam o to i nawet nie wiedziałam o tym, że tak tego potrzebuję.
To niby tak blisko - kilka godzin albo dziewięć cyfr. A jednocześnie tak daleko, bo Ty przecież nie masz pojęcia, że gdzieś jest ktoś, komu o 2 w nocy łzy już nawet nie kapią, ale ciekną strużkami po policzkach. Ze strachu, między innymi o to, że Cię już tu nie będzie.
"trwa
jeśli jest - jest wieczna
a jeśli jej nie ma"